Akcja powieści rozgrywa się pod koniec 1981 roku w teatrze miejskim pewnego podwrocławskiego miasteczka. Aktorzy, pod kierunkiem młodego reżysera z Warszawy, przygotowują się do premiery "Horsztyńskiego". Jednak ciągle coś uniemożliwia pracę na próbach: aktorzy nagminnie spóźniają się do teatru, bo wolą stać w kolejkach po to, co akurat zostaje dowiezione do sklepów. W samym teatrze też zajmują się głównie radzeniem sobie z kłopotami codziennego życia: produkują bimber, który zabarwiony cukierkami uchodzić może za koniak i z wielkim zaangażowaniem i poświęceniem sprawdzają na sobie smak wyrobu; hodują świnię Małgosię, która ma gwarantować świeże mięso na świąteczny stół, przechowują powielacz, który ma służyć do drukowania nielegalnych gazetek. Nic dziwnego, że dyrektor teatru często musi sięgać po krople nasercowe - stąd tytuł książki "Mariola, moje krople...". Na domiar złego, w teatrze przeprowadzona zostaje kontrola NIK, a niemal codziennie kręci się po zapleczu miejscowy sekretarz partii. Doradza on dyrektorowi, jak ma zarządzać teatrem. Zgodnie z wytycznymi PZPR radzi: "ludziom trzeba dać wolną rękę, ale jedynie wówczas, gdy mamy pewność, że zrobią to, co chcemy" (s. 30). Tylko jak zastosować tę zasadę wobec zespołu, którego zachowania nie da się przewidzieć? A pracownicy tegoż teatru to prawdziwe indywidualności: wystarczy nadmienić, że pracują tu trzy żony dyrektora (dwie byłe i jedna aktualna), były żołnierz AK, scenograf marzący o karierze artysty-malarza oraz suflerka, która w wolnych chwilach wróży z kart. Nic dziwnego, że dyrektor teatru myśli tylko o czekającej go emeryturze. Zbliża się jednak 12 grudnia 1981 r. - dzień premiery. "Horsztyński" zostaje odrzucony przez sekretarza partii. Na premierę trzeba wybrać coś innego, bo przedstawienie będą podziwiać towarzysze z ZSRR. Czy gra aktorów mogła w jakiś sposób przyczynić się do wprowadzenia stanu wojennego?
W książce znajdziemy humorystyczne sytuacje, komedię pomyłek, świetne dialogi. Autorka ukazała nam Polskę 1981 r. w krzywym zwierciadle.