Do powstania tej książki przyczynił się prezent, jaki Jerzy Stuhr otrzymał od córki Marianny. Był to solidny brulion, który idealnie nadawał się do prowadzenia dziennika i spisywania rozważań i wspomnień. Aktor otrzymał go w trudnym momencie swojego życia. Choroba nowotworowa zmusiła go do częstych pobytów w szpitalach i sprawiła, że Jerzy Stuhr musiał pogodzić się z niechcianą rolą pacjenta. W "Tak sobie myślę..." znajdziemy zapiski prowadzone w okresie od października 2011 r. do kwietnia 2012 r. Choć podtytuł książki głosi, że jest to dziennik czasu choroby, nie ma tu opisów zabiegów medycznych i użalania się nad sytuacją człowieka chorego. Jerzy Stuhr skoncentrował się na obserwowaniu rzeczywistości, widzianej z perspektywy szpitalnego łóżka. Jego refleksje na temat polityki, aktorstwa, kondycji współczesnej kinematografii polskiej ukazują zupełnie nowe oblicze aktora, którego większość z nas kojarzy z piosenką "Śpiewać każdy może" i filmem "Seksmisja". Do walki z chorobą aktora motywowało to, co chce jeszcze w życiu zrobić. Z utęsknieniem czekał na narodziny kolejnej wnuczki, którą zobaczył w kwietniu 2012 r. W książce znajdziemy zaskakujące zestawienie - aktor wypisał, co dobrego dała mu choroba.